Qualia AdVisory

Qualia AdVisory

Udostępnij

Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Qualia AdVisory, Konsultant biznesowy, Przyczółkowa 334, Warsaw.

Photos from Qualia AdVisory's post 09/10/2024

Omańska siła spokoju

W recepcji hoteliku pojawił się poprzedniego dnia wieczorem. Zaraz po moim przyjeździe. Chłopak miał może dwadzieścia parę lat. Z wyglądu Marokańczyk. Prawie na pewno przyjechał do Omanu z któregoś z krajów Maghrebu. Nie zapytałem. Pracuje w recepcji tego skromnego hoteliku. Klimatyzacja jest pokojach, ale tam gdzie ta recepcja, już nie. To się czuje nadal, mimo że od zachodu słońca minęło kilka godzin. Hotelik jest na końcu drogi, dalej w nocy dawały poświatę tylko jedne światła. Byłem już w takim miejscu, kilkaset metrów przed granicą marokańsko-mauretańską. Tutaj granicą jest Morze Arabskie. Też kilkaset metrów odległości, może kilometr.

Rano wstaję wcześnie i schodzę na dół z laptopem, by poszukać kawy i posiedzieć przy niej chwilę, ale duchota powoduje, że zaraz wycofuję się do pokoju. A chłopak, który był wieczorem, siedzi tam również rano. Pewnie spał kilka godzin w jakimś pokoiku, choć nie wygląda na wyspanego. Nawet uśmiecha się z pewnym ociąganiem.

Po spacerze na plaży, wśród skał potężnie zderzających się z falami (to Ocean Indyjski, nie zwykłe morze), wracam do hoteliku. Tym razem po raz ostatni, aby tylko załadować torby do bagażnika auta i odjechać. Chłopak niezmiennie siedzi w recepcji. Zajęty jest swoim telefonem. Uśmiecha się na pożegnanie mówiąc „welcome again!”. To musi być jego własne powiedzonko, gdy gość opuszcza hotelik.

Dopowiadam do tej osadzonej w monotonnie upływającym czasie historii (Turnau śpiewał: „A w Krakowie na Brackiej pada deszcz”), moje wyobrażenia. O tym, że ten chłopak nie musi się donikąd śpieszyć. Że ma w sobie ocean spokoju (kto widział ocean, wie że to sprzeczność sama w sobie, ale tak się mówi). Że nie gonią go terminy ani maile. Od czasu do czasu przyjmuje gości. Rzadko, bo trzysta metrów od hoteliku jest lepszy hotel, organizujący wycieczki na plażę, na której żółwie składają jaja, i wszyscy zamożni turyści rezerwują pokoje w nim, a nie w guesthousie. Jeśli już ktoś się zjawi, chłopak zrobi ksero paszportu, pobierze płatność i zaniesie bagaż do pokoju. Śniadanie, kolacja? Wystarczy powiedzieć gościom, że lepszy hotel ma restaurację i można tam nawet podjechać samochodem. I spokojnie wrócić do swego telefonu, to znaczy do kolegów, rodziny, może dziewczyny, którzy są w tym telefonie.

Dobrze byłoby wyrwać się z kręgu powinności i moc przeżywać dzień za dniem, jak ten chłopak z Maghrebu. W jego świecie nawet pory roku nie będą się od siebie zbytnio różnić. Będzie tylko bardzo upalnie lub upalnie nie do wytrzymania. Ale on to wytrzyma. To tylko moja europejska naleciałość, ten stosunek do temperatury powietrza.

Równowaga. To nie jest stan sprzyjający wielkiemu rozwojowi. Ten rodzi się w stresie. W konflikcie.

Jestem w Omanie od kilku dni. Jest to druga wizyta w tym kraju. Nie wydaje mi się, by w tym kraju istniały jakiekolwiek konflikty.

Istnieją za to ropa i gaz. To pozwala urządzić kraj nowocześnie. Na każdego z nieco ponad pięciu milionów Omańczyków (pięć milionów na terytorium tylko o trzy tysiące kilometrów kwadratowych mniejszym niż Polska) przypada ponad dwadzieścia tysięcy dolarów produktu krajowego brutto. Według wartości nominalnej PKB na głowę. To jest mniej więcej tyle co w Polsce. Z innych podobieństw i różnic: Polska uchodzi za jeden z najbezpieczniejszych krajów w UE. Ale nie jest aż tak jak w Omanie, gdzie można zostawić samochód na parę dni na ulicy, z bagażem w środku, i nic mu się nie stanie. Nikt go nawet nie zadrapie. A jeśli ktoś w ciebie wjedzie od tyłu, na przykład pick-up Toyota Tundra, jak przydarzyło mi się to kilka dni temu, to poprosi cię byś jechał za nim najpierw na policję a potem do firmy ubezpieczeniowej, gdzie bez wahania podpisze kwit, że do kolizji doszło z jego winy. I jeszcze przeprosi. A Hamed z firmy ubezpieczeniowej przyśle mi ten kwit na WhatsApp dwa dni później, abym nie miał przejść z wypożyczalnią samochodów przy oddawaniu samochodu.

I co z tego, że procedura trwała dwa dni. Bo po pierwsze najpierw była sobota (drugi dzień weekendu), a po drugie po co się śpieszyć, skoro zasadniczo nic nie jest problemem nie dającym się rozwiązać. Inszallah.

Taki Oman nie może się nie podobać.

Ludwik Sobolewski: Duży biznes z papieru [FELIETON] 06/09/2024

Duży biznes z papieru

Gdybym przyjechał do Warszawy jako zagraniczny turysta, na przykład jako jakiś Francuz, Hiszpan czy choćby Anglik, to byłbym zaciekawiony, czy jest tutaj rzeczywiście tak, jak na moim Zachodzie. Coś bym wiedział o Polsce przed przyjazdem i chciałbym się przekonać, czy to jest kraj zmodernizowany naprawdę, czy tylko na niby.

To jest też pytanie o typ miejscowej kultury. Tej rozumianej jako wrażliwość na historię, tradycję, spuściznę. Na rzeczy nieznajdujące się w obrębie takiego czy innego głównego nurtu. Na smaki osobliwe, niepowszechne, nawet skazywane na wyginięcie.

Zatem gdybym był tym Francuzem, Hiszpanem albo Anglikiem, najdalej w drugim dniu pobytu w mieście zainteresowałoby mnie, czy w Warszawie są jakieś księgarnie. Sam to zawsze sprawdzam, gdy ląduję w jakimś dużym i znanym mieście za granicą.

Ale nie chodzi o księgarnie byle jakie, nie o jakieś empikopodobne, pozbawione duszy sklepy sprzedające książki, gazety, gry, zabawki, wstążki, długopisy i co tam jeszcze. Warte uwagi są tylko księgarnie niepospolite. Miejsca, do których ludzie lubią przychodzić. Niedbające o to, by podłogi, ściany, półki i drzwi były proste, równe, bez zakrzywień, przebarwień, zmarszczek i innych śladów zużycia. Miejsca przechowujące pamięć o ludziach chodzących między szafami z książkami, którzy już dawno odeszli. O których przypomni deska w podłodze, nagle zaskrzypiała. Miejsca nie wstydzące się książek, także tych ułożonych w stosy tu i ówdzie, bo nie można ich było wcisnąć na żadną z przepełnionych półek.

Foyles na Charing Cross w Londynie. Libros Merlin w Bogocie. Clarke’s Bookshop i Book Lounge w Cape Town. Manhattańskie Barnes&Noble (kiedy pierwszy raz przyjechałem do Nowego Jorku, było dla mnie zaskoczeniem, że w księgarni może być tak wiele książek). Słynna City Light Booksellers w San Francisco (jeden z ostatnich śladów dawnego miasta wolności). A Paryż? Miasto Świateł (zwane też Miastem Miłości) jest poniekąd jedną Wielką Księgarnią.

And now, Ladies and Gentlemen, jak śpiewa Patricia Kaas, porozmawiajmy o pieniądzach. Bo te romantyczne księgarnie mają jak najbardziej coś z nimi wspólnego. I to w sensie zysków, nie strat.

[…]

A co z tym Francuzem, Hiszpanem czy Anglikiem, próbującymi dowiedzieć się, czy w Warszawie są jakieś urokliwe księgarnie? Myślę, że znaleźli przynajmniej kilka takich. Tyle tylko, że są one wielkości mikroskopijnej w porównaniu do tych, które przywołałem wyżej. I nie są kontynuacją historii, zaledwie dopiero tworzą jakieś swoje małe historie. Ale dzielnie sprzedają książki, niepomieszane z mydłem i powidłem. I często dobrą kawę. To jest nawet dobrze. Papierkiem lakmusowym kulturowej kondycji Polski i jej wersji nowoczesności będzie to, co się z nimi stanie za lat, dajmy na to, dwadzieścia.

Ludwik Sobolewski: Duży biznes z papieru [FELIETON] Gdybym przyjechał do Warszawy jako zagraniczny turysta, na przykład jako jakiś Francuz, Hiszpan czy choćby Anglik, to byłbym zaciekawiony, czy jest tutaj

06/08/2024

Młody człowieku, wyruszaj na Południe. Felietony z podróży.

W Afryce jest nawet bardziej niż u Hemingwaya, w Ruchomym Święcie. „Jeśli miałeś szczęście mieszkać w Paryżu jako młody człowiek, to idzie on potem za tobą przez całe życie, bo Paryż to święto ruchome”. W Afryce, tej rozpościerającej się na południe od równika, każdy dzień może być świętem, jeśli się tam znajdziesz.

Kultura robi swoje. Młodość nasycona takimi a nie innymi lekturami. Skrawki romansów, jak Pożegnanie z Afryką. Romantyzowanie czasów kolonialnych, z którego warto sobie zdawać sprawę, że jest właśnie romantyzowaniem. Ale czy głosy domagające się zburzenia pomnika Cecila Rhodesa stojącego przed jednym z koledżów Uniwersytetu w Oxfordzie były wystarczająco sensowne? Rhodes to bez wątpienia protagonista epoki kolonialnej i kolonializmu, także w jego krwawym wydaniu. Ale jeśli mamy go wymazywać z pamięci poprzez usuwanie pomników, bo jako człowiek nie spełniłby dzisiejszych standardów moralności i poprawności, to przecież należałoby usunąć wiele pomników innych historycznych postaci. A może też przestać uczyć o nich w szkołach? Powykreślać lub mocno zideologizować wpisy w Wikipedii?

Kultura postkolonialna jest silna. I to zarówno po stronie kolonizowanych, jak i kolonizujących. Wyobrażam sobie, że Niemcy, których spośród narodów posiadających kolonie podejrzewalibyśmy o to w najmniejszym stopniu, mają erę kolonialną wpisaną w swój kod kulturowy. Co sprawia, że nadal przyjeżdżają do Namibii, czyli dawniej niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej. W żadnym innym kraju południa Afryki nie spotyka się ich tak często. W lodżach wiszą dawne mapy, z końca XIX wieku i początku wieku dwudziestego. Właściciele lodży mówią biegle po niemiecku. Ale najbardziej zdumiewające jest, że widzę i słyszę, jak niemiecki turysta kupuje w sklepiku kartę telefoniczną i zwraca się do czarnoskórej pani obsługującej klientów w tym sklepiku po niemiecku, a ona rozmawia z nim ze swobodą dorównującą tej, z jaką za moment będzie rozmawiać ze mną po angielsku. I w obu tych językach zadziwia biegłością.

A przecież warto też przeprowadzić proste obliczenia. Historia niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej to raptem dwadzieścia parę lat. Zaczęła się pod koniec lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, zresztą trochę wbrew woli Bismarcka. Uważał on zaprowadzanie niemieckiej administracji w Afryce za zbędne awanturnictwo. A skończyła się wraz z początkiem pierwszej wojny światowej. Kiedy się jest w Namibii współczesnej, odnosi się wrażenie, że niemiecka obecność tutaj musiała trwać z kilkaset lat. Nie zgłębiałem tematu, ale podejrzewam, że państwo niemieckie sypało groszem w tym celu, aby tę więź podtrzymać. I chyba Niemcom w Namibii udało się to znacznie skuteczniej niż Francuzom w północno-zachodniej części kontynentu..

Co jeszcze jest niezwykłego w Afryce? Kolejny element powszechnego imaginarium – zwierzęta. Najpierw, jako dzieci zachwycaliśmy się nimi w ogrodach zoologicznych. Potem widzimy je tam, gdzie żyją naturalnie. I nawet jeśli niektóre rezerwaty czy mniejsze parki narodowe przypominają ogromne zoo, to zobaczenie dzikiego zwierzęcia w takim środowisku napełnia człowieka radością i spokojem.

Nie mogę znaleźć przeczytanego przez laty pewnego zdania umieszczonego przez Ryszarda Kapuścińskiego w jednej z jego książek. Teoretycznie powinno to być w Hebanie. Przewertowałem to arcydzieło przed wyprawą do Południowej Afryki ale TEGO zdania w nim nie znalazłem. A Kapuściński na pewno gdzieś napisał, że widok mas zwierząt przemierzających sawannę zrodził u niego myśl: tak musiał wyglądać świat u swego stworzenia. A co najmniej w erze opisanej w Biblii.

A czy w Afryce Południowej istnieje jeszcze wolność podróżowania? Niedawno czytałem, co się porobiło z ośmiotysięcznikami w Himalajach i w Karakorum. Turystykę wysokogórską organizują agencje nepalskie, do tego stopnia że nawet profesjonalnym wspinaczom źle się teraz wchodzi na te góry, bo są jakby przeganiani przez agencje. Zawodowi organizatorzy turystyki krzywo patrzą na to, że himalaista dotknie poręczy czy skorzysta z urządzeń w bazie, bo to wszystko jest rzeczywistą lub domniemaną własnością agencji. Czyli generalnie albo wejdziesz na wysoką górę w ciżbie prowadzonej przez przewodników firmy turystycznej, której za to zapłacisz, albo szukaj sobie jakichś innych gór. Ewentualnie nadal to mogą być Himalaje, ale poniżej ośmiotysięczników, bo marketing i turyzm rozkwitają właśnie począwszy od szczytów ośmiotysięcznych. A ludzi jest coraz więcej. Płacą też dużo. Czy w tym kontekście pięć euro wprowadzone przez władze miejskie Wenecji jako opłata nałożona na turystów, którzy nie śpią w mieście przynajmniej jednej nocy, ma jakiekolwiek szanse ograniczyć zadeptywanie tego miejsca?

W niektórych przypadkach ta monopolizacja w wykonaniu biur podróży jest obecna także w Afryce Południowej, na przykład na pewnych obszarach Pustyni Namibijskiej czy Wybrzeża Szkieletów. Ale nadal jest tak, że w Kapsztadzie można wypożyczyć porządny terenowy samochód - i to od ludzi którzy znają się na overlandingu, więc będzie to samochód dobrze przygotowany - i wyruszyć w drogę. A na Caprivi Strip, w drodze do Wodospadów Wiktorii minąć dwoje uśmiechniętych Duńczyków jadących dwuosobowym rowerem (nawet udało się chwilę porozmawiać). Wolność jest najważniejsza. I nadal można jej szukać. Dlatego Go South, Young Man.

Photos from Qualia AdVisory's post 01/08/2024

Czaszka i duże pieniądze. Felietony z podróży na południe Afryki.

Inwestować można prawie we wszystko. Tak myślałem do niedawna. Teraz zastanawiam się, czy należy mówić „prawie”, czy też można ten wyraz z zupełnym spokojem pominąć.

Południowa Afryka. Słynna z wielu towarów i produktów. Na przykład z winnic i wina w RPA. Namibia z kolei jest producentem uranu. W tym regionie świata występuje też gaz i ropa naftowa (nie tylko w Angoli). Jest turystyka jako niezwykle ważne źródło dochodów budżetu i prywatnych przedsiębiorców w RPA, Namibii, Botswanie, Zimbabwe i tak dalej.

Południe kontynentu słynie również, od drugiej połowy XIX wieku, diamentami. Dzisiaj udział subkontynentu w światowej produkcji diamentów zmalał, ale to i tak druga pozycja w wydobyciu i handlu, zdaje się, że po Rosji. Największym afrykańskim dostawcą jest Botswana. Jednak to prowincje południowe, czyli dzisiejsza RPA, były sceną diamentowej gorączki, podobnej do kalifornijskiej gorączki złota. Wtedy powstała też kompania De Beers, przy walnym udziale Cecila Rhodesa. Tego samego, który planował kolej Kair - Kapsztad, od którego imienia nazwano Rodezję (a właściwie dwa kraje, bo w tamtej epoce istniały Rodezja Północna i Południowa) i którego pomnik stoi - nadal –na terenie Uniwersytetu Oxfordzkiego. Stoi, mimo że studenci domagali się jego zburzenia, bo przecież Rhodes był bezkompromisowym kolonialistą i jego statua, zdaniem studentów, obraża nasze wartości. Notabene śmiem twierdzić, że chyba wyznaję podobne wartości, ale nie czuję, by pomnik Rhodesa, ani czyjkolwiek inny, je obrażał.

Kompania De Beers zajmowała się w co najmniej takim samym stopniu wydobyciem diamentów, co czymś w rodzaju deweloperki. Skupywała działki ziemi i potem wydzierżawiała je poszukiwaczom kamieni. Przy okazji wyposażała górników w narzędzia. To przypomina spryciarzy, którzy jako jedyni zarobili na gorączce złota w Ameryce, sprzedając poszukiwaczom szpadle i łopaty. Ale założyciele De Beers okazali się bardziej wszechstronni. Spółka stała się światową potęgą w handlu diamentami. A przynosiło to krociowe zyski, bo znali się na czymś jeszcze. Na budowaniu narracji, budzeniu emocji i stwarzaniu symbolicznych skojarzeń. Twierdzi się bowiem, że to właśnie De Beers nadała cennemu minerałowi nowe znaczenie. Ni mniej ni więcej, wmówiła światu, że wyraża on uczucia, i że, co więcej, uczucie miłości w pełnym tego słowa znaczeniu można zamanifestować jedynie gdy obdaruje się ukochaną kobietę diamentem (a raczej brylantem, wszystko jedno). Potem doszła do tego piosenka śpiewana przez jedną z najsławniejszych influencerek XX wieku, Marilyn Monroe. Słowa „diamonds are a girl’s best friend”, w filmie “Mężczyźni wolą blondynki” (dzisiaj taki tytuł raczej nie mógłby powstać w Hollywood) utrwaliły status diamentów jako doskonałego, i drogiego, środka ekspresji uczuć. Naprawdę, kto myśli, że sprzedaż oparta przede wszystkim na emocjonalnej wartości produktu to wyłączna domena ery Internetu, jest w błędzie.

Afryka ma wiele bogactw inwestycyjnych. Kontynent słynie ze znalezisk szczątków dinozaurów. Dobrze, ale co ma piernik do wiatraka?

Szkielety dinozaurów są licytowane na aukcjach najbardziej znanych domów aukcyjnych. Ceny sięgają milionów dolarów. Na przykład na aukcji Christie’s w roku 2020 szkielet tyranozaura (T-Rex) o imieniu Stan sprzedano za ponad 30 milionów dolarów! Kiedy zaczynałem pisać ten felieton, zbliżała się aukcja Sotheby’s, na której miano wystawić szkielet stegozaura, któremu ludzie dali imię Apex. Eksperci szacowali możliwą do uzyskania cenę na zawartą w przedziale od 4 do 6 milionów USD. To była i tak niska wycena, bo stegozaury żyły z grubsza 150 milionów lat temu, dwa razy dawniej niż tyranozaury, których jest z tego powodu więcej. Cena za Apexa powinna być więc wyższa niż cena za Stana. Śpieszę dodać, że eksperci znowu się pomylili, i to drastycznie. W chwili kiedy wysyłam ten felieton do druku wiadomo już, że Apex stał się najdroższym dinozaurem w historii, osiągnąwszy cenę prawie 45 milionów dolarów.

Na rynku są nie tylko mniej lub bardziej kompletne szkielety, lecz także na przykład czaszki. Jak również pojedyncze kości. Tutaj jednak schodzimy z poziomu milionów do zaledwie setek tysięcy dolarów.

Na rynku są też obecni celebryci. Czaszkę pewnego tyranozaura licytowali jakiś czas temu Nicolas Cage i Leonardo DiCaprio. Leo nie okazał się aż takim wilkiem z Wall Street i licytację przegrał. Zwycięski Cage zapłacił za czaszkę przedpotopowego zwierza 276 tysięcy dolarów. Koniec końców to jednak Leo wyszedł na tym lepiej, bo potem okazało się, że czaszka nabyta przez Cage’a została nielegalnie wywieziona z pustyni Gobi w Mongolii. Czyli Nicolas dopuścił się paserstwa, zapewne nieumyślnego.

Leo DiCaprio był zamieszany w jeszcze inną transakcję. W 2018 Russel Crowe, zaraz po tym jak się rozwiódł, co nieco go kosztowało, sprzedał czaszkę mozazaura. W Wikipedia czytam, że to olbrzymi gad morski. Żył między innymi na terenach dzisiejszej Polski (na terenach wodnych, rzecz jasna), czyli w jakimś sensie to swojak. Crowe kupił ten rarytas wcześniej od DiCaprio. Sprzedał ponoć za dwukrotność ceny, którą zapłacił w tej pierwszej transakcji. Sto procent zysku w parę lat? To naprawdę dobry zarobek. Pod warunkiem, że ma się właściwą czaszkę we właściwym momencie.

Czasy, w których żyjemy, naznaczone są beznamiętną technologią. Jednocześnie, a może właśnie dlatego, ludzie kupują przedmioty, które im się zwyczajnie podobają. Kiedyś modelowym przykładem takiego inwestowania z pasją była sztuka. Dziś mogą to być skafandry kosmiczne lub dinozaury. Co więcej, to pociąga za sobą coś, co na rynku giełdowym nazwalibyśmy obrotem wtórnym. Płynność tego obrotu może nie jest wielka, ale istnieje wiele niepłynnych rynków akcji czy niepłynnych spółek. Na tym tle dinozaury nie mają się czego wstydzić.

Gdyby Czytelnicy zastanawiali się, skąd można czerpać takie informacje o handlu dinozaurami, odpowiadam, że między innymi z…Financial Times. Lepszego źródła wiedzy o rynkach finansowych nie ma. Natomiast zastrzegam, że niniejszy felieton jest w niezwykle ograniczonym sensie źródłem wiedzy o dinozaurach. Zainteresowani tematem mogą odwiedzić polski portal, dinoanimals.pl. Jest to fantastyczna skarbnica wiedzy o zwierzętach, w tym tych już wymarłych. Twórcami są znakomici specjaliści, między innymi paleontolodzy. To, że tacy naukowcy nadal istnieją, samo w sobie jest wzruszające. I jakie to jest ciekawe! Miesięcznie na strony portalu wchodzi 300-400 tysięcy (sic!) unikatowych użytkowników. W obliczu takich liczb można zacząć się zastanawiać, czy dinozaury na pewno wyginęły.

Chcesz aby twoja firma była na górze listy Biznes w Warsaw?
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Telefon

Strona Internetowa

Adres


Przyczółkowa 334
Warsaw
02-962